Dużo się ostatnio mówi i pisze, że świat zwariował. Tempo życia i prędkość zmian otaczającej nas rzeczywistości przypominają pędzące Pendolino. Nie mamy na nic czasu, prędkość zmian wielu z nas przytłacza.
Mówi się, że pewne w życiu są dwie rzeczy: śmierć i podatki. A tu niespodzianka.
Byłem ostatnio u znajomych na osiedlu Jeżyka. Mieszkałem tam sam przez całe dzieciństwo i młodość. Nie mogłem uwierzyć, że tak jak 30–40 lat temu ten czas w blokach na Jeżyka się zatrzymał.
Spółdzielcy dla zarządu SM w Wągrowcu są „cieciami”. Dalej sami sprzątają klatki schodowe, myją okna, a co niektórzy mieszkańcy parteru sami dbają o zieleń przed drzwiami.
Instytucja spółdzielni mieszkaniowych to relikt dawnego ustroju, ale trzyma się dobrze. Dobrze płatne i ciepłe posady prezesa, wiceprezesa, administracji i całego sztabu księgowości tak ich rozleniwiły, że niczego im się nie chce.
Dawniej SM budowała bloki, garaże i inne obiekty infrastrukturalne. A dzisiaj jest tylko administrowanie majątkiem, i to drogo, a na remonty klatek schodowych, wymiany okien czy inne prace remontowe czeka się latami.
I właśnie tutaj najbardziej widać rozdźwięk między światem, który pędzi jak Pendolino, a światem spółdzielni, który najwyraźniej zatrzymał się gdzieś kilka dekad temu.
Wspólnoty mieszkaniowe, które powstają przy okazji budowy nowych bloków przez deweloperów, dają przykład, że można obsługiwać nowe budynki nowocześnie, dobrze i tanio.
Może czas uświadomić spółdzielcom, że zarządy i cała administracja spółdzielni są ich pracownikami. Należy od nich wymagać kreatywności, a nie tylko podnoszenia czynszów i własnych wynagrodzeń.
Bo przecież spółdzielnia mieszkaniowa nie powinna być państwem w państwie. To mieszkańcy są jej gospodarzami. Zarząd i administracja mają im służyć, a nie odwrotnie.