Ostatnio odwiedzili mnie w Wągrowcu znajomi z zagranicy. Przyjechali pierwszy raz i koniecznie chcieli zobaczyć miasto. Zaczęło się więc od prostego pytania: co właściwie warto im pokazać?
Niby nie powinno być problemu. Wągrowiec ma przecież kilka naprawdę mocnych atutów. Jezioro Durowskie, Wełnę, Nielbę, słynne skrzyżowanie rzek, Rynek, tereny rekreacyjne.
Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy chcemy te atrakcje rzeczywiście pokazać.
Znajomi wcześniej przeczytali w internecie o skrzyżowaniu Wełny i Nielby. Zainteresowało ich szczególnie to, że jest to wyjątkowe zjawisko hydrograficzne i jedna z najbardziej charakterystycznych atrakcji Wągrowca. Miasto zresztą oficjalnie przedstawia je jako unikalne zjawisko i jedną z atrakcji turystycznych.
Przyznam, że sam dawno tam nie byłem. I chyba właśnie dlatego widok trochę mnie zaskoczył.
Zarośnięte brzegi, mocno porośnięty teren i ogólne wrażenie, że miejsce, które powinno być jedną z wizytówek Wągrowca, mogłoby wyglądać znacznie lepiej.
Oczywiście, zaraz pojawia się argument: rzeki są własnością Wód Polskich. Tylko że turysta tego nie wie. I właściwie nie musi wiedzieć.
Przyjezdny nie zastanawia się, czy za brzeg odpowiada burmistrz, Wody Polskie czy jeszcze inna instytucja. Widzi po prostu Wągrowiec.
Co więcej, to nie jest tak, że przy naszych rzekach nic nie da się zrobić. Wystarczy spojrzeć na Księży Kacerek – miejsce spacerowe nad Wełną, które zostało uporządkowane i udostępnione mieszkańcom.
Dlaczego podobnego pomysłu nie zrealizowano jeszcze dla skrzyżowania rzek?
Nie mówię o betonowaniu brzegów ani robieniu z tego lunaparku. Wręcz przeciwnie: dobrze zaprojektowana, naturalna przestrzeń spacerowa, kilka ławek, odpowiednia zieleń, punkt widokowy, tablice edukacyjne czy niewielka infrastruktura pozwalająca lepiej zobaczyć skrzyżowanie rzek sprawiłyby, że miejsce zaczęłoby żyć.
Potem poszliśmy na obiad do restauracji Hotelu Pietrak. Widok na jezioro bardzo spodobał się moim znajomym. Nic dziwnego – Jezioro Durowskie w środku miasta to ogromny atut.
Po obiedzie chcieliśmy więc zrobić rzecz absolutnie naturalną: pójść na spacer nad jeziorem.
I tu pojawiło się kolejne rozczarowanie.
Plaża? Pomosty? Jaka plaża i jakie pomosty???.
Poszliśmy więc w stronę OSiR-u i amfiteatru, licząc na to, że w letnią niedzielę znajdziemy tam trochę miejskiego życia.
A tam… cisza. Żadnego wydarzenia, żadnej większej atrakcji, niczego, co sprawiłoby, że ktoś przyjezdny pomyślałby: „O, tutaj naprawdę coś się dzieje”.
I znowu miałem poczucie, że Wągrowiec ma coś, czego wiele miast może nam pozazdrościć, ale nie zawsze potrafimy wykorzystać ten potencjał.
Nie chodzi przecież o to, żeby codziennie organizować koncert czy wielki festyn. Ale letnia niedziela? To chyba jeden z tych momentów, kiedy miasto powinno żyć.
Na koniec poszliśmy na Rynek. To była moja ostatnia szansa na dobre wrażenie.
W większości miast rynek jest miejscem, którym można się pochwalić. To centrum miasta, miejsce spotkań, kawiarnianych ogródków, spacerów i zdjęć. Często właśnie tutaj turysta wyrabia sobie pierwszą opinię o miejscowości.
U nas niestety trudno było o zachwyt.
Fontanna nie działała. A całości dopełniał widok dawnego Hotelu Metropol.
I oczywiście znam argument: hotel jest prywatną własnością, więc miasto nie może decydować, co zrobi jego właściciel.
To prawda. Tylko znowu – turysta tego nie rozróżnia. Nie widzi „prywatnej nieruchomości”. Widzi zrujnowany budynek w samym centrum miasta.
Nie piszę tego po to, żeby urządzać kolejny konkurs pod tytułem „kto jest winny”.
Wody Polskie mają swoje kompetencje. Właściciele prywatnych nieruchomości mają swoje prawa. Miasto ma swoje możliwości i ograniczenia.
Ale mieszkaniec i turysta widzą przede wszystkim efekt końcowy.
A ten jest taki, że mamy w Wągrowcu kilka naprawdę świetnych miejsc, które mogłyby być naszym ogromnym atutem, a zazwyczaj pozostawiają po prostu niedosyt.
Skrzyżowanie rzek powinno być miejscem, które pokazujemy przyjezdnym z dumą.
Jezioro, amfiteatr, Osir powinny tętnić życiem, zwłaszcza latem. Księży Kacerek pokazuje, że można stworzyć atrakcyjną przestrzeń nad wodą.
A Rynek powinien być miejscem, w którym chce się zostać dłużej, usiąść przy kawie, zrobić zdjęcie i powiedzieć: „Fajne miasto”.
Wągrowiec naprawdę ma czym się pochwalić. I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej irytujące.
Problemem Wągrowca nie jest brak atrakcji. Problemem jest to, że nie potrafimy ich wykorzystać.
Mamy jezioro. Mamy skrzyżowanie rzek, którego zazdrościć może nam niejeden samorząd. Mamy tereny spacerowe i rekreacyjne. Mamy Rynek i historię. Tylko wygląda to tak, jakbyśmy sami nie byli do końca przekonani, co z tym bogactwem zrobić.
Dlatego chciałbym, żeby burmistrz i radni spróbowali czasem spojrzeć na Wągrowiec oczami kogoś, kto przyjeżdża tutaj pierwszy raz. Nie oczami urzędnika. Nie oczami właściciela nieruchomości. Nie przez pryzmat tego, do kogo należy rzeka.
Tylko oczami turysty. Bo turysta nie zapamięta, kto miał kompetencje. Zapamięta to, co zobaczył.
I chciałbym, żeby następnym razem, kiedy przyjadą do mnie znajomi z zagranicy, nie trzeba było się zastanawiać, co im pokazać.
Żeby można było po prostu powiedzieć: „Chodźcie. Pokażę wam Wągrowiec.”
I naprawdę chciałbym mieć z czego być dumnym.